Kim jesteś i jak zaczęła się Twoja droga w szeroko rozumianym budownictwie/architekturze?
Nazywam się Małgorzata Repelewicz i jestem radczynią prawną.
A jak zaczęła się droga ? Nie miałam gotowego planu, ale bardzo szybko poczułam, że prawo budowlane to dokładnie ten rodzaj wyzwania, którego szukałam. Ta dziedzina łączy w sobie techniczną precyzję, realne pieniądze, realne ryzyko i bardzo ludzkie emocje bo dla wielu klientów inwestycja budowlana to nie tylko biznes, to często życiowy projekt, dom, spełnienie marzenia albo dorobek całej firmy.
Przyciągnęła mnie właśnie ta złożoność, a nie odstraszyła. Miałam też, przyznaję, dodatkową motywację - chciałam pokazać, że stereotyp branży budowlanej jako świata zarezerwowanego dla mężczyzn jest po prostu nieaktualny. Im dłużej w tym jestem, tym mocniej czuję, że kobieca perspektywa w tej dziedzinie więcej uwagi na komunikację, na zapobieganie konfliktom, a nie tylko na ich rozstrzyganie jest realną wartością, a nie ciekawostką.
Jaka sytuacja zawodowa nauczyła Cię najwięcej?
Najwięcej nauczyła mnie sprawa klienta, który zgłosił się do mnie w momencie, gdy jego sytuacja biznesowa była już bardzo poważna — faktycznie na granicy niewypłacalności. Kiedy przeanalizowałam historię współpracy, okazało się, że przez cały czas trwania inwestycji formalna komunikacja na budowie praktycznie nie istniała ustalenia zapadały wyłącznie podczas rozmów, bez żadnego śladu na piśmie.
Umowa, którą podpisał, była wielokrotnie modyfikowana właśnie w ten sposób: ustnie, na bieżąco, pod wpływem presji harmonogramu i chęci utrzymania dobrych relacji z drugą stroną. W efekcie warunki, na jakich faktycznie realizowano inwestycję, znacząco odbiegały od tego, co pierwotnie zabezpieczał kontrakt i były dla mojego klienta wyraźnie niekorzystne, choć w danym momencie żadna z tych zmian nie wydawała się na tyle istotna, żeby ją formalizować. Gdyby te ustalenia były na bieżąco potwierdzane pisemnie - choćby prostym mailem podsumowującym rozmowę - sytuacja nigdy nie doprowadziłaby klienta aż do progu upadłości.
To był dla mnie punkt zwrotny w rozumieniu mojej roli. Zrozumiałam, że najważniejszą częścią mojej pracy nie jest skuteczne prowadzenie sporu, kiedy szkoda już powstała, tylko uczenie klientów jednej podstawowej dyscypliny: każda zmiana ustaleń, nawet najdrobniejsza i wynegocjowana w dobrej wierze, musi zostać potwierdzona na piśmie, zanim zdąży urosnąć do rozmiarów, których nie da się już odwrócić. Od tamtej pory znacznie mocniej kładę nacisk na profilaktykę prawną na bieżącą dyscyplinę dokumentacyjną w trakcie realizacji inwestycji niż na samą interwencję, gdy problem już się zmaterializował.
Gdybyś miała opisać dzisiejszą branżę trzema słowami, jakie by one były i dlaczego?
Presja, nieufność, potencjał.
Presja, bo czas i koszty determinują dziś niemal każdą decyzję, a to prosta droga do błędów, które później trzeba naprawiać — często kosztem znacznie większym niż to, co „zaoszczędzono” w pośpiechu.
Nieufność, bo zbyt wiele relacji w tej branży wciąż opiera się na niedomówieniach zamiast na jasnych, spisanych zasadach, co samo w sobie generuje konflikty, zanim jeszcze pojawi się realny problem.
I potencjał — bo mimo tych wszystkich wyzwań widzę branżę, która zaczyna się zmieniać: więcej firm inwestuje w profesjonalne przygotowanie kontraktowe, więcej inwestorów indywidualnych szuka wiedzy, zanim podejmie decyzję, a cyfryzacja powoli, ale konsekwentnie, wymusza większą przejrzystość. To dla mnie najbardziej optymistyczne słowo z tej trójki — bo pokazuje, że kierunek zmian jest właściwy, nawet jeśli tempo wciąż wielu z nas frustruje.
Jakie trendy i technologie według Ciebie zmienią budownictwo/architekturę w najbliższych latach ?
Obok cyfryzacji dokumentacji widzę rosnące znaczenie standaryzacji kontraktowej - narzędzi i wzorców, które pomogą stronom formułować umowy dopasowane do rzeczywistej skali i ryzyka danej inwestycji, zamiast kopiowania gotowych szablonów, które często są nieaktualne albo nieadekwatne do konkretnego projektu.
To trend, który moim zdaniem realnie zmniejszy liczbę sporów wynikających z niedopracowanych albo wewnętrznie sprzecznych zapisów umownych - a to wciąż jedna z najczęstszych przyczyn konfliktów, z jakimi się spotykam. Widzę też rosnącą rolę mediacji i innych metod rozwiązywania sporów poza sądem - nie dlatego, że sądy przestaną być potrzebne, ale dlatego, że branża zaczyna dostrzegać, jak kosztowny w czasie i relacjach jest tradycyjny proces sądowy w porównaniu z szybszym, mniej sformalizowanym rozwiązaniem.
Jakie technologie lub zmiany Twoim zdaniem najbardziej wpłyną na budownictwo/architekturę lub proces budowlany w ciągu najbliższych 5–10 lat?
Największą zmianą, z jaką się mierzymy to pełna cyfryzacja procesu inwestycyjnego - elektroniczny dziennik budowy, e-budownictwo, cyfrowe repozytoria dokumentacji projektowej i wykonawczej. Z perspektywy prawnika to fundamentalna zmiana, bo dziś ogromna część sporów budowlanych rozbija się o dowody - kto, kiedy i co ustalił, czy dana zmiana projektowa została zaakceptowana, czy odbiór robót faktycznie miał miejsce w deklarowanym terminie. Cyfrowa dokumentacja, jeśli zostanie dobrze wdrożona, może znacząco ograniczyć pole do sporu, bo fakty będą trudniejsze do podważenia niż dziś, gdy wiele ustaleń wciąż odbywa się mailowo, telefonicznie albo „na budowie”, bez śladu. Jednocześnie to wyzwanie prawne samo w sobie - trzeba będzie na nowo zdefiniować, co jest dowodem, jak wygląda podpis elektroniczny w kontekście odbioru robót, jak zabezpieczyć integralność cyfrowej dokumentacji.
To obszar, który będzie się bardzo dynamicznie rozwijał, i uważam, że branża prawnicza musi w to inwestować już teraz, a nie czekać, aż zmiany zostaną narzucone odgórnie.
Co dzisiaj najbardziej wpływa na podejmowanie decyzji w Twojej pracy? Cena, jakość, czas, zaufanie czy jeszcze coś innego?
Szczerze mówiąc, zaufanie i czas mają dla mnie większe znaczenie niż cena, choć oczywiście cena nigdy nie jest bez znaczenia. Zaufanie, bo klient, który wraca, robi to dlatego, że czuł się potraktowany rzetelnie, że powiedziałam mu prawdę, nawet jeśli nie była to wiadomość, którą chciał usłyszeć. Czas, bo w prawie budowlanym opóźnienie w reakcji potrafi zamienić prosty problem w skomplikowany spór.
Bardzo świadomie unikam obietnic, których nie mogę spełnić, i wolę powiedzieć klientowi wprost, ile realnie zajmie dana sprawa, niż budować fałszywe poczucie bezpieczeństwa. To podejście czasem kosztuje mnie krótkoterminowo, bo nie zawsze jestem najtańszą albo najszybciej deklarującą się opcją, ale w dłuższej perspektywie buduje relacje, które przetrwają więcej niż jedną sprawę.
Czy masz mentora/rkę lub inną osobę, która miała duży wpływ na Twoją karierę ?
Tak, dużym wpływem na moje podejście do zawodu miał prezes jednej ze spółek budowlanych, z którym pracowałam na początku mojej praktyki, w sprawie, w której stał dosłownie o krok od poważnego sporu z kontrahentem. To on nauczył mnie czegoś, co do dziś powtarzam: że najlepszy wynik to nie wygrany spór, tylko spór, do którego w ogóle nie dochodzi.
Pamiętam, jak w sytuacji, w której większość osób poszłaby od razu na twardą konfrontację, on postanowił usiąść z drugą stroną do rozmowy mimo że miał ku temu pełne prawo i mocne argumenty po swojej stronie. Byłam wtedy przekonana, że to niepotrzebne ustępstwo, a to właśnie ta rozmowa uratowała relację biznesową wartą znacznie więcej niż ewentualna wygrana w sądzie. Ta lekcja została ze mną na stałe: że w biznesie siła nie zawsze polega na tym, żeby mieć rację, tylko na tym, żeby wiedzieć, kiedy warto ją odpuścić dla czegoś ważniejszego.
Jaki mit dotyczący budownictwa lub architektury chciałabyś raz na zawsze obalić?
Że prawnik to ktoś, kogo się wzywa, kiedy już jest źle. To przekonanie kosztuje branżę więcej, niż się wydaje bo sprawia, że klienci zgłaszają się do mnie w momencie, gdy pole manewru jest już bardzo wąskie: termin minął, pismo zostało wysłane, relacja z drugą stroną jest napięta do granic możliwości. A przecież największą wartość mogę wnieść dokładnie odwrotnie na samym początku, przy stole, kiedy obie strony są jeszcze otwarte na rozmowę i nie mają nic do stracenia poza czasem poświęconym na dobre ustalenie zasad. Chciałabym, żeby postrzeganie roli prawnika przesunęło się z „ostatniej deski ratunku” na „pierwszego, do kogo warto zadzwonić”.
Gdybyś mogła zmienić jedną rzecz w branży, co by to było ?
Zmieniłabym moment, w którym prawo wchodzi do procesu inwestycyjnego. Dziś zbyt często pojawia się na końcu jako reakcja na spór, kryzys, zerwaną współpracę. Marzy mi się branża, w której konsultacja prawna jest naturalnym, standardowym elementem etapu planowania, tak jak dziś jest nim projekt budowlany czy kosztorys.
Nie dlatego, że wszystko musi być podejrzewane o przyszły konflikt, ale dlatego, że dobrze zaplanowana umowa jest inwestycją w spokojną realizację, a nie wydatkiem na wypadek, gdyby coś poszło źle. Gdyby ta zmiana kulturowa się dokonała, jestem przekonana, że liczba sporów sądowych w budownictwie spadłaby drastycznie nie dlatego, że ludzie staliby się bardziej uczciwi, tylko dlatego, że mieliby jaśniejsze zasady, do których mogliby się odwołać, zanim emocje przejmą kontrolę.
Na co jesteś obecnie biznesowo otwarta? (nowa praca, współpraca, projekty, koncepcje)
Zależy mi na relacjach opartych na doradztwie strategicznym, w których obsługa prawna jest narzędziem zarządzania ryzykiem, a nie kosztem do ograniczenia z takimi podmiotami buduję najbardziej wartościową współpracę. To różnica, która widać dopiero w dłuższej perspektywie: klient, który traktuje prawnika jako partnera od samego początku planowania inwestycji, unika większości sporów, zanim jeszcze się pojawią, a decyzje biznesowe podejmuje ze świadomością realnego ryzyka, a nie na wyczucie.
Co najbardziej pomaga, a co najbardziej przeszkadza we współpracy pomiędzy uczestnikami procesu inwestycyjnego ?
Najbardziej pomaga coś, co brzmi banalnie, ale w praktyce zdarza się rzadziej, niż powinno bieżąca, uczciwa komunikacja, prowadzona równolegle z realizacją inwestycji, a nie tylko w formie protokołów odbioru. Kiedy strony na bieżąco sygnalizują sobie problemy, mają czas i przestrzeń, żeby je rozwiązać, zanim staną się nieodwracalne. Pomaga też dobrze skonstruowana umowa nie po to, żeby straszyć drugą stronę konsekwencjami, ale po to, żeby dać wszystkim jasność co do zasad gry.
Najbardziej przeszkadza natomiast strukturalna nierówność sił w łańcuchu inwestycyjnym. Generalny wykonawca przerzuca ryzyko na podwykonawcę, ten nie ma realnej możliwości negocjacji warunków, bo potrzebuje zlecenia bardziej niż zleceniodawca potrzebuje akurat jego. To rodzi napięcia, które później eksplodują przy pierwszej trudności opóźnieniu dostaw, błędzie w dokumentacji, sporze o zakres robót dodatkowych. Drugim poważnym problemem jest wciąż pokutujące przekonanie, że obsługa prawna to koszt, z którego można zrezygnować, żeby „zaoszczędzić” - dopóki nie okaże się, że ten „oszczędzony” koszt wraca w postaci wielokrotnie wyższej straty.
Gdyby przy tym stoliku siedziała cała branża budowlana – od inwestora i architekta po wykonawcę i producenta – co powiedziałabyś wszystkim w jednej minucie ?
Powiedziałabym wprost: rozmawiajcie ze sobą, zanim zaczniecie pisać pisma. W mojej praktyce widzę powtarzający się schemat problem pojawia się cicho, ktoś go zauważa, ale nikt nie chce być pierwszy, żeby go nazwać. Inwestor nie chce wyjść na trudnego klienta, wykonawca nie chce przyznać się do opóźnienia, architekt nie chce brać odpowiedzialności za niejasność w projekcie. I tak problem rośnie w milczeniu, aż w końcu ktoś sięga po prawnika, bo rozmowa przestała być możliwa.
Gdybym mogła zmienić jedną rzecz w tej minucie, powiedziałabym każdemu z uczestników procesu: pierwsza trudna rozmowa jest tańsza niż ostatnia. Im wcześniej ją odbędziecie, tym więcej macie opcji do wyboru ugodę, renegocjację, zmianę harmonogramu. Im później, tym więcej z tych opcji znika, a zostaje tylko spór.
Gdybym miała przekazać jedną rzecz całej branży, powiedziałabym: przestańcie traktować umowę jak formalność do odhaczenia. Widzę to na co dzień dwie strony, które znają się od lat, ufają sobie, mają dobre intencje, a mimo to podpisują dokument w pięć minut, bez czytania, bo „przecież się dogadamy, gdyby coś”. I właśnie ten moment, kiedy „coś” się dzieje, jest testem, którego nieprzygotowana umowa nie przechodzi. Nie chodzi o to, żeby każdą relację biznesową obudować nieufnością i drobnym drukiem. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że dobra umowa to nie koniec zaufania, tylko jego przedłużenie w czasie bo obie strony wiedzą, na czym stoją, nawet gdy emocje, presja czasu albo zmieniające się okoliczności zaczynają grać pierwsze skrzypce. To najprostsza rzecz, jaką można zrobić dla swojego biznesu, a wciąż jedna z najbardziej zaniedbywanych.
Małgorzata Repelewicz, malgorzata@repelewicz.com
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.